by-мэню
eng-menu
ru-меню

Na chutorze

Pod lasem na chutorze mieszkala rodzina. Niebogata, ale i niebiedna, pracowita, wiec i chleba miala pod dostatkiem. Ziemi bylo niewiele, klopotow az nadto. Najpierw role obrabiali rodzice i dziadek, a po jego smierci - ojciec z matka. W miare, jak dorastali synowie Janka i Wasil, gospodarzyc bylo lzej, ku zadowoleniu calej rodziny.

Gdzies na poczatku jesieni, gdy rodzina po wieczerzy ukladala sie na spoczynek, rozleglo sie stukanie do drzwi. Gosci sie w chacie nie spodziewano, ale ojciec pospieszyl otworzyc - malo co moglo sie komus w nocy przydarzyc?

Wszedl mezczyzna odziany skromnie, ale przyzwoicie, siadl na lawie i zapalil miastowego papierosa. Po chwili poczal pogwarke. Okazal sie nad wyraz rozmowny. Takich sie w tych stronach nie spotykalo. Sens jego gadania sprowadzal sie do tego, ze zycie na chutorze jest biedne, wszystko w zacofaniu, i ze nalezy sie integrowac. To znaczy dolaczyc sie do pobliskiej wioski. Gospodarze popatrywali na niego z nieukrywanym zdumieniem, bo wiedzieli dobrze, jak w tej wiosce marnie ludziska zyja. Kazdej wiosny przybiegali stamtad po koszyk kartofli czy miarke zboza lub zeby pozyczyc jaka kopiejke czy konia wziac, zeby przywiezc drzewo. Tak tez przedstawiali rzecz przybyszowi. A ten swoje. Trzeba sie integrowac, bo inaczej nie wypada, caly swiat sie integruje, sila jest potrzebna, zeby sie przed tym swiatem obronic. Domownicy milczeli, nie bardzo pojmujac, czemu maja sie temu swiatu przeciwstawiac? Gdy ta bezsensowna gadanina porzadnie juz nadokuczyla, gospodarz oznajmil, ze rodzina musi spac, bo jutro moc roboty w polu, moglby wiec juz przychodzien pojsc sobie tam, skad przyszedl. Ten podniosl sie z lawy, ale dlugo jeszcze w progu dziamdzial i ledwo sie go pozbyto. Gdy wreszcie poszedl, matka sie przezegnala i mowi: "Toz to diabel! Jak Boga kocham! On ma ogonek z tylu!" Zdziwily te slowa matczyne gospodarza i chlopakow, bo nie zauwazyli zadnego ogonka. Ale wszystko mozliwe...

Nastepnego wieczoru, znow o tej samej porze poslyszeli stuk do drzwi, ale mocniejszy i jakby gniewny. Ojciec otwierac nie chcial, ale chlopcy powiedzieli: Niech tam! Wszedl facet ten sam co poprzednio i zaczal to samo. Trzeba sie integrowac, bo kiepsko bedzie, a zintegrowawszy sie beda mieli lepiej. Przypatrywali mu sie dyskretnie, czy gdzie spod ubrania nie wypsnie mu sie ogonek. Ale nie, nic mu sie nigdzie nie wysuwalo. Kolo polnocy dopiero uwolnili sie jakos od niego i matka rozplakala sie: znowu widziala wyraznie ogonek. Mezczyzni nie wiedzieli, co o tym myslec.

Doczekawszy sie ranka, gospodarz o swicie wzial czarna farbe i na wszystkich drzwiach i wrotach namalowal male krzyzyki. Matka uspokoila sie: jezeli to diabel, to pod krzyzyk nie wejdzie. Z lekiem i nadzieja wygladali nastepnej nocy.

Wieczor minal spokojnie, nikt nie zastukal. Odczekawszy jeszcze troche rodzina legla spac. Nie zdazyli zasnac, jak cos zahurkotalo. Ojciec zwlokl sie z poslania i zapalil lampe. Na pokuciu siedzial mezczyzna. Ten sam. Okno za nim bylo od strony podworka wyjete. Do chaty zawiewal wiatr.

- Ja w sprawie integracji - zaczal spokojnie przybyly znana spiewke.
- Won! - krzyknal ojciec.

Zerwali sie synowie, staneli za ojcem murem. Matka sie rozplakala. Przychodzien wzruszyl ramionami i jakby skrywajac oburzenie wylazl przez okno.

Reszte nocy rodzina juz nie spala, a jak nadszedl ranek, poczeli mocowac zasuwy na drzwiach i poprzybijali okna mocniej. Ojciec powiedzial, ze trzeba bedzie zamowic okiennice w miescie. Droga to zabawa, ale nie obejda sie bez nich.

Nastepna noc minela spokojnie, nikt nie stukal ani nie wlamywal sie przez okno. Do rodziny pomalu powracal spokoj. Do miasta po okiennice gospodarz postanowil pojechac pozniej, jak juz zwiezie uzatek z pola.

Az tu ktorejs nocy matka krzyknela wystraszona. Synowie sie zerwali jak na alarm, Wasil zaswiecil latarke elektryczna, kupiona na dniach w wiejskim sklepie. Matka zaplakana wskazywala na piec. W rzeczy samej cos tam sie dzialo, dochodzily niewyrazne odglosy. W owym czasie w piecu nie palono. Jedzenie gotowano na podworku pod daszkiem. A tu z paleniska dobiegal dziwny szum i skrobanie. Wszyscy czekali ze strachem, co to bedzie. Raptem z halasem zwalila sie na podloge zastawka i z pieca wylazl ten sam facet caly w sadzy. Wylazlszy kichnal dwa razy i przetarl oczy.

- Ja w sprawie integracji...
- Zabije! - ryknal wsciekle gospodarz i chwycil siekiere spod lawy. Ale matka zlapala go za koszule, a synowie dobyli widly z kata na pogrzebacze. Nieznajomy przygladzil wasa i zachichotal z cicha:
- Nigdzie od tego nie uciekniecie. To proces historyczny...

Wyrwal sie ojciec z rak matki i zamachnal siekiera. Ale wlasnie w tym momencie istota ludzka znikla, jakby szmygnawszy pod piec, gdzie w zimie przesiadywaly kury. Wasil poswiecil latarka, ale nikogo tam nie zobaczyl. Przepadl czlowiek. Wtedy uwierzyli wszyscy matce, ze to nie byl czlowiek. Zaiste musial to byc diabel. Wszyscy tez wiedzieli, ze diabla nie da sie ani przeblagac, ani sie pozbyc.

Do konca owej nocy rodzina juz spac sie nie kladla. Czekala. Nie wiedzieli co robic. Jasne juz bylo, ze chrzescijanski krzyzyk na drzwiach ich nie uratuje.

Dopiero nad samym switaniem starszy syn Janka powiedzial, ze zna srodek antydiabelski. Wdzial czapke i ruszyl do miasta. Wrocil w poludnie z arszynem kolorowej materii. W drewutni zmajstrowal zgrabny kijek. Wyszla z tego ladna flaga, ktora mezczyzni przybili do wegla. Wiatr ja od razu poderwal i rozwinal na cala dlugosc - flaga zalopotala radosnie.

- Teraz niech przychodzi - powiedzial Janka.

Rzeczywiscie, od tego dnia nie widziano juz natretnego przychodnia na chutorze przystrojonym bialo-czerwono-biala flaga.


7 stycznia 1999 roku


Tlumaczenie: Czeslaw Seniuch
Zrodlo: http://www.bialorus.pl
Знойдзена: Bielaruskaja Palicka

hosting provided by ext|media